Ustronia bez lipy

W obezwładniającym człowieka bogactwie i tłoku form, odmian i dzieł sztuki oraz techniki, jakie znajdujemy we włoskich miastach (wsie skupiają zaledwie 17% mieszkańców tego kraju – w Polsce 40%), miejsca na odosobnienie, wyciszenie i odpoczynek wcale nie brakuje.

Oazy spokoju (o różnym, rzecz jasna, stopniu spokojności) znaleźć można nawet w historycznych centrach miast. Być może słowo „znaleźć” nie jest tu najwłaściwsze, bo po pierwszym „przybyciu-odkryciu” takie miejsce trzeba sobie „oswoić” (chyba że to one nas do siebie „przywiązują”, na zawsze więżąc, a może tylko zachowując nasz unikalny chemiczny, fizyczny, a nawet biologiczny ślad).

Weźmy w tym odniesieniu taki Rzym.

Jego zacisza bywają jednocześnie „belwederami”, a więc przestrzeniami (nie zaledwie „punktami”) z pięknymi widokami. Poznajmy lub rozpoznajmy kilka spośród nich.

Choć chwilami i tutaj pojawiają się dla fotograficznych ujęć zachodniej części miasta całe grupy wycieczkowe, to jednak, jak zresztą i całe wzgórze awentyńskie – najbardziej na południe wysunięte ze sławnych siedmiu – Pomarańczowy Ogród (Giardino degli Aranci) z oficjalną nazwą Parco Savello, rzadziej niż inne partie Wiecznego Miasta jest przez gości i mieszkańców odwiedzany.

Historię w aktualnym swym kształcie ma dość krótką, nawet nie stuletnią, w posadach jednakże dysponując wszelkimi epokami, od mitycznej (miał na tym wzgórzu mieszkać Remus, bliźniak założyciela Rzymu) poczynając. Generalnie w Urbs aeterna miejsca są wieczne, a zmienia się z czasem ich zagospodarowanie – budynki na nich stojące i ruchome dodatki, jak np. fontanny.

Sercem albo (zgodnie z nazwą) „głową” Rzymu jest Kapitol, niewysoki (36-48 m.), kolejny z siedmiu, pagórek miasta. Jeśli po nacieszeniu się wraz z tłumem zwiedzających głównymi skarbami tego wzgórza zechcesz odetchnąć nieco, trzeba będzie, obok Palazzo dei Conservatori, skierować swe kroki w kierunku południowym, w stronę niesławnej Skały Tarpejskiej.

Już po chwili osiąga się miejsce, nad którym niegdyś wznosiła się świątynia Jowisza Najlepszego i Największego, a dziś stanowiące Piazzale Caffarelli, plac nowocześnie urządzony, z fontanną oczywiście (ta poświęcona została żołnierzom i cywilom, poległym podczas międzynarodowych misji pokojowych). Koniecznie też z widokiem na kilka rioni („dzielnic” miasta), od lewej z Teatrem Marcellusa, aż po Ołtarz Ojczyzny z prawej strony.

Wreszcie, niewiele dalej mieści się ostatnia z tu prezentowanych enklaw kontemplacyjnych. U zbiegu dwóch ważnych z różnych względów ulic: Nazionale i 24 Maggio (przechodzącej w via del Quirinale) leży rondko Magnanapoli. Jednak nie sławna Torre delle Milizie czy Mercati Traianei (Supermarket cesarza Trajana), ani kompleks Angelicum – Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu, z kościołem (kościoły skądinąd są także świetnymi azylami!) świętych Dominika i Sykstusa są tutaj celem naszych poszukiwań, a wyniesiony w górę kompleks leżący w widłach ulic: Nazionale i Panisperna. To Villa
Aldobrandini, zwana tak od jednej ze sławnych rodzin, właścicieli tego obszaru. Sama villa nie tak dawno temu odrestaurowana, a zajmowana przez międzynarodową organizację prawa cywilnego, nie jest owym czarownym ustroniem, a dostępny od drugiej strony, od ulicy Mazzarino (sławnego kardynała, polityka włosko-francuskiego), schodami ponad antycznymi ruinami, Giardino di Villa Aldobrandini – czynny od 7 rano do zachodu słońca.

Wiszący ten Ogród zajmuje wierzchołek Monte (góry) Magnanapoli i zawiera w sobie (także po odrestaurowaniu) kompozycję tworów natury, m.in. z kameliami, kolkwicjami chińskimi, drzewami gorzkiej pomarańczy, cytronem, himalajskim laurem trinervino, miłorzębem, palmami kanaryjskimi i toskańskimi cyprysami, okalającymi jedną z fontann, z innymi także dziełami ręki ludzkiej – bezgłowymi ułomkami antycznych rzeźb, popiersi i kul z herbem rzeczonych Aldobrandinich (jeśli pominąć tamtejsze pawilony).

Znam tymczasem cztery osoby, odwiedzające owo niezwykłe miejsce z widokami niemal dookolnymi, ale żeby ukonstytuować rejestrowane stowarzyszenie miłośników Giardino Villa Aldobrandini potrzebne byłyby jeszcze co najmniej dwie osoby. Czy znajdą się chętni? Obowiązkiem członka będzie spacer i przynajmniej półgodzinna medytacja na którejś z ławek lub trawertynowych płyt tego Ogrodu podczas każdego pobytu w Rzymie.

W tytule tej refleksji pojawia się niejednoznaczna „lipa”. Chodzi, rzecz wiadoma, o czarnoleską lipę. Ona to dawała mistrzowi Janowi cień, a stąd i ochłodę. Rzymskie ustronia, choć bez lip, służą takimi walorami w dwójnasób, a to z uwagi na śródziemnomorski, nieco uciążliwy dla niektórych ludzi latem klimat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s